Moja Syberia. Relacja z podróży w Suntar Chajata

Jakuck – Chandyga – rzeka Suntar – rzeka Drzabyń – rzeka Syatyń – rzeka Chugutian – rzeka Pietruszka – rzeka Lewa Turoga – rzeka Dikij – Dom Gucuła – Chandyga – Jakuck

Zmęczenie, komary, tajga, rzeka i ja. Idę. Sam już tracę zrozumienie tego co robię. Fascynacja bycia samym ze świadomością, że nikt nie wyłoni się za zakrętem szlaku zaciera się i blednie. Wyidealizowana wędrówka po tej ogromnej, pofałdowanej zieloności skonfrontowana z wysiłkiem i problemami dnia codziennego ewoluuje w coś innego. Coś z czym do końca nie mogę się pogodzić. Zwłaszcza gdy po raz kolejny w głowę wwierca się to jedno pytanie „Co ja tu w ogóle robię?”. Ale wystarczy, że „droga” robi się trochę twardsza, komarów jest trochę mniej, widzę i czuję rzekę, pytania i zły nastrój nikną. Wrażenia eksplodują w głowie i czuję jakby to one niosły mnie do przodu. Świadomość, że robię coś niecodziennego i ta rozsadzająca wiara, że się uda.

I znowu zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie. Jest tylko ono. Idę i czuję jak mój organizm spala kolejne kalorie. Przedzieram się przez las małych, często uschniętych syberyjskich świerków, którym twarda przyroda nie pozwoliła wyrosnąć. Nogi zapadają się w miękkim mchu, pofałdowana okolica zmusza do większego wysiłku, plecak ciąży tak, że w końcu rezygnuję i siadam. Od razu wiem, że komary nie pozwolą mi cieszyć się tą chwilą odpoczynku. Są wszędzie. Spocona koszula przylegająca do ciała jest doskonałym celem. Twarz i ręce posmarowane offem bronią się ale są jak mur obronny obsadzony rycerzami, który pod nawałem zmasowanego ataku zaczyna kruszyć się i przepuszczać pierwszych atakujących. Czekam prawie do końca zanim po raz kolejny rozprowadzam ochronną warstwę i w ten sposób odpieram przynajmniej częściowo oblężenie. I znowu dalej, do przodu. Jest w tym coś tak niezwykłego, że nawet zmęczenie i komary do końca nie mogą tego przesłonić.

Zbliża się koniec kolejnego dnia wędrówki w Suntar Chajata. W napięciu zaczynam rozglądać się za odpowiednim miejscem na biwak. Musi być blisko rzeki, najlepiej w terenie odsłoniętym i suchym. Kiedy taki w końcu znajduję, okazuje się iż pod kilkoma centymetrami ziemi znajduje się warstwa kamieni, które kiedyś zostały przyniesione tu przez rzekę. Ognisko, kolacja, odpoczynek są czymś tak prostym ale zarazem tak niezwykłym. Ugotowany ryż z sosem pieczeniowym ma niewyobrażalny smak po całym dniu. Komary nie odpoczywają. Po jakimś czasie przestaję wyjmować je z menażki i z mściwą satysfakcją zjadam zmieszane z ryżem.

Siedzę, wsłuchuję się w szum rzeki, oglądam mapę i planuję następny dzień. Pomimo zmęczenia staram się pieczołowicie zapisać swoje wrażenia i drogę w danym dniu. Mam wrażenie że to co piszę jest monotonne i już wcześniej napisane. „Rozpoczęła się 4-godzinna mordęga”, „Dzień ten to po prostu żmudna wędrówka. Nie wiem po co już tu przyjechałem. Na dodatek wszedłem na teren bagien. Utopić się tam nie można ale musiałem zdjąć buty i w samych klapkach iść dalej. Była to prawdziwa mordęga” albo „Zszedłem do koryta rzeki a następnie byłem zmuszony do przeprawy (było niebezpiecznie). Teraz nie wiem czy będę mógł iść dalej czy też znowu muszę wspiąć się na jeden z brzegów. Są one bardzo pofałdowane i stąd bardzo niewygodne do wędrówki (jeszcze ten las)”. „Gdy okazało się, że znowu trzeba pieczołowicie iść lasem (+bagna), straciłem siły (dosłownie nie miałem siły iść dalej)”. Uśmiecham się bo na szczęście tak nie było przez cały czas „Najpierw minąłem jeden z dopływów rzeki (dosyć duży) a następnie wąskie koryto rozwinęło się dosyć dużą dolinę. Tu już mogłem iść w miarę normalnie aczkolwiek byłem zmuszany do kilkunastokrotnego przekraczania rzeki. Druga połowa dnia była bardzo ładnym marszem szeroką doliną. W międzyczasie minąłem coś w rodzaju „lodowego jeziora”. Była to dosyć duża powierzchnia rozmarzającego lodu. Z czasem rzeka maleje w oczach. Wprawdzie jeszcze nie mogę pokonać jej bez nakładania klapek ale różnica jest widoczna”. „Dziś zrobiłem niezły dystans (dzięki terenowi) i byłoby lepiej gdyby nie rozlewisko. Do końca mam około 6 dni”.

Zapisując kolejne kartki zapominam aby się bać, że tak wypatrywany przeze mnie niedźwiedź w końcu wyjdzie zza drzew. Rzeka płynie i płynie. Dzięki niej czuję się bezpiecznie. Jest niczym drogowskaz, przewodnik i Przyjaciel, na którego wiesz ze możesz liczyć i który po prostu jest. Choć słońce już skryło się za górami, nie chcę i nie mam siły wstawać. Staram się do końca, do ostatniej minuty wchłaniać to wszystko co mnie otacza. Leżę w namiocie. W myślach odmawiam modlitwę. Strach przed kolejną nocą w samotności jest gdzieś na obrzeżach. Czuję go ale staram się trzymać na dystans. Jest zresztą już oswojony i znudziły mu się chyba te żarty z trzaskami na zewnątrz czy tajemniczymi cieniami. Zresztą wie, że za chwilę i on nie będzie miał znaczenia. Władam płytę do discmana, i nagle wszystko zaczyna nabierać innego wymiaru gdy słyszę ulubioną muzykę. Teraz są już tylko moje myśli, muzyka i wrażenia, które pojawiają się z nikąd. I znowu czuję tę siłę, myślę o Bogu, tych którzy zostali w Polsce, sobie. Wiem też, że dla tych wieczorów tu przywędrowałem.

Warszawa 2002

Ps. Wstawiłem zdjęcie osób, o których nawet tu nie wspomniałem. O Gucule (to ten brodacz na zdjęciu tytułowym) dowiedziałem się jeszcze od znajomego Rosjanina Wiktora Iwanowicza, w którego Kamazie nocowałem trzy lata wcześniej płynąc na barce Ałdanem i który podwiózł mnie kawałek gdyż wiózł grupę robotników do Nieżdanki, wioski leżącej za Chandygą (jest na zdjęciu na tle swego Urala). Opowiedział mi o człowieku, który z żoną i małym dzieckiem mieszka w tajdze niedaleko drogi i miejsca gdzie wyruszę w swoją wędrówkę. Długo namawiał mnie też abym na samym początku zajechał do niego uzyskać więcej informacji i porad. Ale ja oczywiście wiedziałem lepiej i tak chciałem już sam iść przez tajgę, że zaszedłem do niego dopiero w drodze powrotnej. Cóż to był za człowiek! Okazało się, że jest potomkiem górali z zakarpacia (jak zrozumiałem z obecnej Ukrainy) i jego rodzina została wywieziona do Jakucji i zmarła. On przeżył łagry polityczne i kryminalne, mieszka z żoną i małym dzieckiem (rok później dowiedziałem się, że ma już drugie) daleko od ludzi. Dał mi wykład o wolności, nakarmił zupą z jelenia oraz powiedział, że nie wypuści mnie dalej dopóki nie nauczę się łowić pstrągów w Suntarze. Co też się stało 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *